Uzależnienia. Kogo one nie dotyczą ? Seks, alkohol, papierosy, czy moja ukochana kawa… Człowiekiem uzależnionym zawładnął przedmiot uzależnienia, można by zaryzykować stwierdzenie, że go opętał. Bo, który palacz wyobraża sobie poranek bez „zdrowego” zaciągnięcia się aromatycznym dymkiem? No właśnie…
A czy to samo odnosi się do ludzi ? Czy w pewien sposób stajemy się uzależnieni od nich, jak od kawy czy wódki? Ostatnio (ku mojemu, a za pewne i Twojemu drogi Czytelniku przerażeniu ) zauważam, że tak. Nie nie, nie mam tu na myśli przywiązania, które zmusza nas do wykonania telefonu, czy wysłania wiadomości do bliskiej nam osoby. Chodzi mi o zawładnięcie drugą osobą, w pewnym stopniu zniewolenie jej. Kochamy, często aż do utraty tchu i równie często bez wzajemności. Oddajemy siebie całych w nadziei, na najmniejszy przejaw zainteresowania. I właśnie w tym momencie zjawia się „TO”, początkowo małe i niepozorne. Z czasem większe i bardziej okrutne, żywiące się naszą nadzieją i miłością(, lecz nie miłością do człowieka, a do samej idei miłości) uzależnienie. Obezwładnia człowieka i rzuca na kolana, poniża go. Taki człowiek często posuwa się do nadinterpretacji słów i sytuacji. W każdy możliwy sposób stara się potwierdzić postawioną przez sobie tezę: „Jestem ważny, jestem potrzebny, jestem kochany”. Staje się bezbronny, jest na skinienie palca i każde zawołanie osoby od której się uzależnił. Do takich zachowań popycha go samotność. Każdy z nas czasem czuje się samotny, to normalne. Jednak gdy jest to stan permanentny, to za wszelką cenę staramy się od tego uciec. Nie każdy to jednak potrafi… Łapie się wtedy każdej nadarzającej się okazji by poczuć bliskość. Pragnie poczuć ją za wszelką cenę, nawet cenę upokorzenia i bólu. Bo złamane serce boli równie mocno, co krwawiąca rana. Powoli z pełną świadomością czynu zatraca siebie, popełnia duchowe samobójstwo. Rozpada się na drobne kawałeczki, których nie sposób zliczyć, a tym bardziej posklejać. Powiesz za pewne drogi Czytelniku: „Należy go ratować!”. Niestety, nie jest to takie proste, a często wręcz niemożliwe. Bo cóż powiedzieć: ” zostaw to, nie pakuj się w to bagno, zasługujesz na coś lepszego”, to nie działa… Można prosić, błagać, grozić, nakazywać… Nic nie skutkuje, a co gorsze może to zepchnąć desperata z krawędzi, do której sam systematycznie podąża. Może należy zastosować starą metodę „czym się strułeś, tym się lecz”( obawiam się jednak, że to ma większe zastosowanie rankiem po „upojnej” nocy spędzonej w towarzystwie barmana). Z pewnością pomyślałeś w tym momencie drogi Czytelniku „wystarczy być” i tak w istocie jest. Sama obecność wystarcza. Musisz jednak wiedzieć, że bezradność boli, tak cholernie boli…
Czym pozostaje mi zakończyć ? Ano chyba tylko życzeniami dla Ciebie drogi Czytelniku. Życzę Ci zatem, abyś kochał z całych sił (człowieka, nie ideę miłości) i był równie mocno kochany oraz żeby wszelkie uzależnienia nie imały się Twoich uczuć.
Przepraszam za wszelkie błędy, jakie popełniłam, a których nie dostrzegłam. Dziękuję także za wszelkie komentarze pod wcześniejszymi wpisami i serdecznie pozdrawiam.